Witam Was po dłuższej przerwie!
Bardzo dziękuję za miłe słowo i odwiedziny. Ostatnio sporadycznie Was odwiedzam za co z góry przepraszam - piękna pogoda i kilka ważnych (i przyjemnych) dla mnie "tematów", izolują mnie od komputera...:-)
Mam nadzieję, że Wy również macie dobre nastroje i mnóstwo pozytywnej energii - ja w każdym razie naładowałam ostatnio akumulatory w uroczej Toskanii i mam nadzieję, że uda mi się wkrótce podzielić z Wami wrażeniami:-)
Póki co przedstawiam Wam mój stary-nowy mebelek:
Wspominałam chyba kiedyś, że wyciągnęłam od wujka z warsztatu starą bieliźniarkę. I tak po prawie roku doczekała się wykończenia.
Po oczyszczeniu i wyszlifowaniu zostawiłam ją na kilka dobrych miesięcy, żeby sprawdzić czy siedzą w niej jeszcze korniki. Śladów po nich jest MNÓSTWO!!! Ale miałam cichą nadzieję, że już się wyprowadziły. Po kilku miesiącach nie było nowych dziurek więc przystąpiłam do malowania. Po czym... zaczęło się sypać... Jak to określiła Al - obudziłam korniki:-) Na szczęście Czarodziejka:-) poratowała mnie garścią informacji czym je zwalczyć i mogłam realizować swój projekt.
Tak wyglądała wcześniej:
Brakowało mi mebla, w którym trzymałabym płyty CD i DVD, gry po które ostatnio coraz częściej sięgamy z dziećmi oraz liczne kredki, flamastry, kartki, plasteliny - czyli cały kreatywny świat moich Pociech:-)
Owa bieliźniarka ma właśnie spełniać taką rolę.
Dlatego też pojawiły się odpowiednie napisy:
Główna konstrukcja mebla jest wykonana w stylu shabby chic natomiast fronty przecierane w sposób, o którym już wspominałam przy okazji np. tych obrazów.
Nie ominęła mnie mania szyldów:-) więc wykonałam własne (przy pomocy teścia:-)) - w ramach zapanowania nad porządkiem wewnątrz...:-)
Fronty wewnątrz, to również przecierki natomiast korpus pomalowany woskiem olejnym w odcieniu bieli - to przymiarki do malowania ścian w naszej stodole:-)
A teraz z muzyczką w tle i zapachem bzu rozchodzącym się po pokoju, idę pakować ten cały kram do środka:-)
środa, 9 maja 2012
piątek, 30 marca 2012
COWBOY ROOM
Mój młodszy synuś na pytanie "kim chciałbyś zostać w przyszłości" - odpowiada: "kowbojem":-)
I w takim właśnie klimacie zażyczył sobie swój kącik w pokoju:-)
Pokój dzieli z bratem, który ma całkowicie inne zainteresowania. Chcąc pogodzić te dwa światy i sprawić, aby różnorodność dekoracji współgrała ze sobą, postawiłam na wspólną kolorystykę.
Kolory dominujące w pokoju (moje ulubione zresztą) to: biel, malinowa czerwień, niebieski + navy oraz brąz.
Tworzymy pokój wspólnie i chyba nigdy nie skończymy, ponieważ kreatywność dzieciaków jest niesamowita i ciągle coś wymyślają. Dotychczas udało nam się osiągnąć taką wersję w klimacie "kowboja":
Mój brat zorganizował podkowy - no bo kowboj bez konia...
Do niedawna Tymuś pytany: "jak się nazywasz?" - odpowiadał "Tymek Tymoteusz" - pomijając oczywiście nazwisko:-) Wykorzystałam zdjęcie braci i wywiesiłam LIST GOŃCZY!!!:-)
List to nic innego jak wydruk na papierze, postarzony patyną i opalony świeczką. No i dzięki Anetce kupiłam sobie rewolwer i zaciskacz i mogę robić ładne dziurki:-) - dziękuję Ci jeszcze raz za wszystkie podpowiedzi!!!
No ale klu to to drewniane "coś", na którym wisi list. Ferie zimowe spędzaliśmy nad polskim morzem. Podczas licznych spacerów Maksio (mój starszy synek) przeglądał różne cuda wyrzucone przez morze. Ponieważ "zbieractwo" ma po mamusi:-) przytargał owo drewniane "coś". Mąż sugeruje, że jest to drewno orzechowe, kształt również przypomina jakieś narzędzie. Czy to możliwe, żeby przypłynęło do nas z baaaardzo daleka? Macie jakieś propozycje? Zdjęcie nie jest niestety najlepsze ...
I tak powstał kącik około-łóżkowy, a skoro łóżko to i podusie - ta nawiązująca do tematu przyjechała od Mimi:-)
Stara lampa całkowicie nie wpisywała się w klimat pokoju. Uszyłam więc nowy abażur z tkaniny jutowej dodając sznurek (rodzaj węzłów nie bez znaczenia - ale to już w następnym poście).
Do kompletu uszyłam jeszcze "stoper do drzwi" - w ferworze transferu odwrotnie przykleiłam wyrazy:-)
Zauważyliście już pewnie, że często używałam sznurka, który zresztą bardzo lubię. Użyłam go również w dziecięcym pele-mele:
Przy wykonaniu tablicy pomógł mi teść. Zbił ramę z kantówek a ja używając zszywacza tapicerskiego owinęłam ją tkaniną (jej kolor również nie bez znaczenia o czym w następnym poście). Zamocowałam sznurki w poziomie i łańcuszki w pionie tak aby dzieci mogły zawieszać tam swoje prace:-)
I właśnie się przeraziłam - a to za sprawą pociągu, który widzicie pod pele-mele. Otóż dwa lata temu!!! (to jest właśnie powód mojego przerażenia - szybko upływający czas) Asia z Green Canoe wykonała dla swojego Leosia wagoniki - możecie je zobaczyć tutaj. Podała mi namiary na producenta tych drewnianych skrzynek i w taki sposób powstał mój pociąg. Wagoniki tylko pomalowane i spatynowane, natomiast ciuchcia powstała przy pomocy mojego taty z dwóch skrzynek. Oczywiście to magazynek zabawek i książek moich dzieci, który służy nam już od prawie dwóch lat (o zgrozo...). W ramach akcentów kowbojskich wagoniki dostały "daszek w łaty".
To była jedna część pokoju. Druga - to całkiem inna bajka. Maksio zażyczył sobie aranżacje w stylu policyjnej łodzi patrolowej... Na tą wersję zapraszam Was wkrótce...
Pozdrawiam serdecznie a tym z Was, którzy są szczęśliwymi rodzicami, "dziadkami", "ciociami"... życzę wielu wspaniałych i kreatywnych chwil z dzieciaczkami!!!
I w takim właśnie klimacie zażyczył sobie swój kącik w pokoju:-)
Pokój dzieli z bratem, który ma całkowicie inne zainteresowania. Chcąc pogodzić te dwa światy i sprawić, aby różnorodność dekoracji współgrała ze sobą, postawiłam na wspólną kolorystykę.
Kolory dominujące w pokoju (moje ulubione zresztą) to: biel, malinowa czerwień, niebieski + navy oraz brąz.
Tworzymy pokój wspólnie i chyba nigdy nie skończymy, ponieważ kreatywność dzieciaków jest niesamowita i ciągle coś wymyślają. Dotychczas udało nam się osiągnąć taką wersję w klimacie "kowboja":
Nie mogło się obyć bez gwiazdy szeryfa:-) Uszyłam więc gwiazdę wypełniając ją ociepliną w środku i przykleiłam litery. Wykonałam je łącząc tekturę z pianką (warstwa ochronna z jakiejś przesyłki) i oklejając tkaniną w kolorze czerwonym. Dzięki temu sprawia wrażenie trójwymiarowości.
Do niedawna Tymuś pytany: "jak się nazywasz?" - odpowiadał "Tymek Tymoteusz" - pomijając oczywiście nazwisko:-) Wykorzystałam zdjęcie braci i wywiesiłam LIST GOŃCZY!!!:-)
List to nic innego jak wydruk na papierze, postarzony patyną i opalony świeczką. No i dzięki Anetce kupiłam sobie rewolwer i zaciskacz i mogę robić ładne dziurki:-) - dziękuję Ci jeszcze raz za wszystkie podpowiedzi!!!
No ale klu to to drewniane "coś", na którym wisi list. Ferie zimowe spędzaliśmy nad polskim morzem. Podczas licznych spacerów Maksio (mój starszy synek) przeglądał różne cuda wyrzucone przez morze. Ponieważ "zbieractwo" ma po mamusi:-) przytargał owo drewniane "coś". Mąż sugeruje, że jest to drewno orzechowe, kształt również przypomina jakieś narzędzie. Czy to możliwe, żeby przypłynęło do nas z baaaardzo daleka? Macie jakieś propozycje? Zdjęcie nie jest niestety najlepsze ...
I tak powstał kącik około-łóżkowy, a skoro łóżko to i podusie - ta nawiązująca do tematu przyjechała od Mimi:-)
Stara lampa całkowicie nie wpisywała się w klimat pokoju. Uszyłam więc nowy abażur z tkaniny jutowej dodając sznurek (rodzaj węzłów nie bez znaczenia - ale to już w następnym poście).
Do kompletu uszyłam jeszcze "stoper do drzwi" - w ferworze transferu odwrotnie przykleiłam wyrazy:-)
Zauważyliście już pewnie, że często używałam sznurka, który zresztą bardzo lubię. Użyłam go również w dziecięcym pele-mele:
Przy wykonaniu tablicy pomógł mi teść. Zbił ramę z kantówek a ja używając zszywacza tapicerskiego owinęłam ją tkaniną (jej kolor również nie bez znaczenia o czym w następnym poście). Zamocowałam sznurki w poziomie i łańcuszki w pionie tak aby dzieci mogły zawieszać tam swoje prace:-)
I właśnie się przeraziłam - a to za sprawą pociągu, który widzicie pod pele-mele. Otóż dwa lata temu!!! (to jest właśnie powód mojego przerażenia - szybko upływający czas) Asia z Green Canoe wykonała dla swojego Leosia wagoniki - możecie je zobaczyć tutaj. Podała mi namiary na producenta tych drewnianych skrzynek i w taki sposób powstał mój pociąg. Wagoniki tylko pomalowane i spatynowane, natomiast ciuchcia powstała przy pomocy mojego taty z dwóch skrzynek. Oczywiście to magazynek zabawek i książek moich dzieci, który służy nam już od prawie dwóch lat (o zgrozo...). W ramach akcentów kowbojskich wagoniki dostały "daszek w łaty".
To była jedna część pokoju. Druga - to całkiem inna bajka. Maksio zażyczył sobie aranżacje w stylu policyjnej łodzi patrolowej... Na tą wersję zapraszam Was wkrótce...
Pozdrawiam serdecznie a tym z Was, którzy są szczęśliwymi rodzicami, "dziadkami", "ciociami"... życzę wielu wspaniałych i kreatywnych chwil z dzieciaczkami!!!
piątek, 2 marca 2012
Europalety w rękach kobiety:-)
Jesteście posiadaczami zbędnej europalety...??? - oto moja propozycja co można z niej zrobić:-)
Chyba nie tylko ja wyczekuję wiosny...?:-)
Przywołuję ją na wszelkie sposoby - najpierw woliera w jadalni a teraz "różane" obrazki:-)
Jeśli macie ochotę je wykonać, potrzebujecie kilku desek ze starej europalety, farby akrylowe, papier/serwetki do decoupage'u.
Niestety nie zrobiłam zdjęcia palety "przed" więc posłużę się zasobami z wikipedii...
Muszę jeszcze dodać, że miałam nieocenioną pomoc ze strony teścia, który przyciął odpowiednio dechy i połączył je listwą mocującą. Na marginesie - On zawsze dzielnie znosi moje zachcianki a wierzcie mi, że nie ma łatwo... i nawet złego słowa nie mruknie:-) Ostatnio jeszcze kilka rzeczy udało nam się razem zrobić - mam nadzieję, że czas pozwoli i uda mi się je Wam pokazać:-)
Wracając do tematu - po zmontowaniu możecie "dopieścić" obrazki. Moje palety leżały na dworze przez ok. 2 lata i narażone były na wilgoć, mróz i słońce. Zaraz po montażu wszystkie deski idealnie przylegały do siebie. Gdy trafiły "pod dach" wyschły i "skurczyły się" (co jest naturalne dla drewna) w wyniku czego powstały szpary między deskami. W moim przypadku efekt był zamierzony ale jeśli chcecie tego uniknąć, to proponuję wysuszyć przez jakiś czas deski w domu:-)
Zrobiłam dwa obrazki o wymiarach ok. 40 x 55 cm - stanowią komplet:-)
Przecierki, wycięte z papieru kwiaty oraz motyl i namalowany/postarzony napis w duchu "Pięknej Ogrodniczki" zaczerpnięty z Francji.
Obrazki docelowo zagoszczą w ... stodole:-)
Chyba nie tylko ja wyczekuję wiosny...?:-)
Przywołuję ją na wszelkie sposoby - najpierw woliera w jadalni a teraz "różane" obrazki:-)
Jeśli macie ochotę je wykonać, potrzebujecie kilku desek ze starej europalety, farby akrylowe, papier/serwetki do decoupage'u.
Niestety nie zrobiłam zdjęcia palety "przed" więc posłużę się zasobami z wikipedii...
![]() |
| europaleta; "before" |
Wracając do tematu - po zmontowaniu możecie "dopieścić" obrazki. Moje palety leżały na dworze przez ok. 2 lata i narażone były na wilgoć, mróz i słońce. Zaraz po montażu wszystkie deski idealnie przylegały do siebie. Gdy trafiły "pod dach" wyschły i "skurczyły się" (co jest naturalne dla drewna) w wyniku czego powstały szpary między deskami. W moim przypadku efekt był zamierzony ale jeśli chcecie tego uniknąć, to proponuję wysuszyć przez jakiś czas deski w domu:-)
Zrobiłam dwa obrazki o wymiarach ok. 40 x 55 cm - stanowią komplet:-)
Przecierki, wycięte z papieru kwiaty oraz motyl i namalowany/postarzony napis w duchu "Pięknej Ogrodniczki" zaczerpnięty z Francji.
Obrazki docelowo zagoszczą w ... stodole:-)
niedziela, 5 lutego 2012
Przecierki w ramach testów
Beatko - to post, o który prosiłaś:-)
Na stole w stylu shabby chick stały świeczniki. Pominęłam ich wcześniejsze prezentowanie ponieważ traktowałam je jako "testy przecierek". Beata się jednak dopatrzyła:-) i jest zainteresowana jak uzyskałam ich wybarwienia. Pomyślałam, że może i komuś z Was może się to przydać:-)
Dwa świeczniki były drewniane i jeden z jakiegoś tworzywa. Ich stan przed (niestety tylko dwa świeczniki z trzech):
Zacznę od tego, którego nie ma na zdjęciu powyżej:-)
Poświęciłam mu najmniej czasu a efekt najbardziej mi się podoba. Wcześniej drewno było pokryte moim zdaniem bejcą w kolorze ciemnego dębu. Zmatowiłam świecznik papierem ściernym (120) usuwając częściowo zabarwienie i wydobywając naturalny odcień drewna. Mocno rozcieńczyłam farbę wodą (kolory mieszałam sama na bazie orzecha włoskiego, szarości i barwników czerwonego, czarnego i żółtego) i pomalowałam świecznik. Po wyschnięciu nałożyłam biel - również mocno rozcieńczoną z wodą i zanim farba wyschła wytarłam nadmiar papierowym ręcznikiem. Na koniec przeszlifowałam wełną stalową.
Następny świecznik również drewniany:
Oczyściłam go i zmatowiłam papierem ściernym. Jego naturalny kolor odpowiadał mi więc nałożyłam na niego tylko pastę do wybielania drewna od razu usuwając jej nadmiar ściereczką. Po wyschnięciu przeszlifowałam wełną stalową.
I moja zmora...:-( Kształt tego świecznika bardzo mi się podobał... i to wszystko. Nie lubię tworzywa i dało się to odczuć w obróbce...
Wielokrotne malowanie i szlifowanie. Orzech włoski, szarość z orzechem włoskim - przecierka. Później biel - przecierka. Było brzydko więc znowu odrobina orzecha - przecierka. Po jakimś czasie miałam dość i tak go zostawiłam. Efekt wcale mi się nie podoba ale póki co tak pozostanie:-)
Powstał komplecik, który dzielnie towarzyszy nam w zimowe wieczory:-)
Podczas prób "przecierkowych" powstała też lampa. Kupiłam ją z urwanym kablem i w stylu, który mi zupełnie nie odpowiadał. Ale jej podstawa i wielkość mnie urzekła... Pięknie toczony stelaż wraz z kloszem to wielkość ok. 80 cm a średnica abażura - ok. 50 cm
Tak wyglądała wcześniej...
Szlifowałam "nogę" do momentu aż pojawiło się surowe drewno bez żadnych zabarwień. Później pomalowałam ją tą samą techniką jak pierwszy z opisywanych świecznik. Ostateczny wygląd był jak dla mnie dość chłodny więc na wierzchu metodą suchego pędzla naniosłam pastelową orchideę. Wszystko przeszlifowałam grubą wełną stalową wydobywając kolory spod spodu.
Oczywiście ściągnęłam z klosza połyskujący poliester i uszyłam nowy abażur. Tkanina odzyskana z jakiejś starej spódnicy z grubego płótna, przez które pięknie wieczorami przebija światło...
Na stole w stylu shabby chick stały świeczniki. Pominęłam ich wcześniejsze prezentowanie ponieważ traktowałam je jako "testy przecierek". Beata się jednak dopatrzyła:-) i jest zainteresowana jak uzyskałam ich wybarwienia. Pomyślałam, że może i komuś z Was może się to przydać:-)
Dwa świeczniki były drewniane i jeden z jakiegoś tworzywa. Ich stan przed (niestety tylko dwa świeczniki z trzech):
| before... |
Zacznę od tego, którego nie ma na zdjęciu powyżej:-)
Poświęciłam mu najmniej czasu a efekt najbardziej mi się podoba. Wcześniej drewno było pokryte moim zdaniem bejcą w kolorze ciemnego dębu. Zmatowiłam świecznik papierem ściernym (120) usuwając częściowo zabarwienie i wydobywając naturalny odcień drewna. Mocno rozcieńczyłam farbę wodą (kolory mieszałam sama na bazie orzecha włoskiego, szarości i barwników czerwonego, czarnego i żółtego) i pomalowałam świecznik. Po wyschnięciu nałożyłam biel - również mocno rozcieńczoną z wodą i zanim farba wyschła wytarłam nadmiar papierowym ręcznikiem. Na koniec przeszlifowałam wełną stalową.
Następny świecznik również drewniany:
Oczyściłam go i zmatowiłam papierem ściernym. Jego naturalny kolor odpowiadał mi więc nałożyłam na niego tylko pastę do wybielania drewna od razu usuwając jej nadmiar ściereczką. Po wyschnięciu przeszlifowałam wełną stalową.
I moja zmora...:-( Kształt tego świecznika bardzo mi się podobał... i to wszystko. Nie lubię tworzywa i dało się to odczuć w obróbce...
Wielokrotne malowanie i szlifowanie. Orzech włoski, szarość z orzechem włoskim - przecierka. Później biel - przecierka. Było brzydko więc znowu odrobina orzecha - przecierka. Po jakimś czasie miałam dość i tak go zostawiłam. Efekt wcale mi się nie podoba ale póki co tak pozostanie:-)
Powstał komplecik, który dzielnie towarzyszy nam w zimowe wieczory:-)
Podczas prób "przecierkowych" powstała też lampa. Kupiłam ją z urwanym kablem i w stylu, który mi zupełnie nie odpowiadał. Ale jej podstawa i wielkość mnie urzekła... Pięknie toczony stelaż wraz z kloszem to wielkość ok. 80 cm a średnica abażura - ok. 50 cm
Tak wyglądała wcześniej...
| before... |
Szlifowałam "nogę" do momentu aż pojawiło się surowe drewno bez żadnych zabarwień. Później pomalowałam ją tą samą techniką jak pierwszy z opisywanych świecznik. Ostateczny wygląd był jak dla mnie dość chłodny więc na wierzchu metodą suchego pędzla naniosłam pastelową orchideę. Wszystko przeszlifowałam grubą wełną stalową wydobywając kolory spod spodu.
| after... |
Oczywiście ściągnęłam z klosza połyskujący poliester i uszyłam nowy abażur. Tkanina odzyskana z jakiejś starej spódnicy z grubego płótna, przez które pięknie wieczorami przebija światło...
Mąż wymienił kabel i lampa skończona... choć chodzi mi już po głowie inny abażur...:-)
Miłego tygodnia Wam życzę!!!
Magda
sobota, 28 stycznia 2012
Urok tkanin...
Przede wszystkim bardzo Wam dziękuję za przemiłe komentarze pod adresem stolika:-)
Miło mi, że zaglądacie i macie jeszcze ochotę pozostawić po sobie ślad!
Wracając do tematu...
Jak można w prosty sposób odmienić otoczenie - oczywiście dekoracjami i tkaninami.
Te pierwsze możemy stworzyć sami. Niestety z tkaninami jest już gorzej... Mam wrażenie, że na naszym rynku jest zbyt mały wybór a różnorodność gustów wszelaka:-) Poza tym jak już uda mi się znaleźć odpowiedni wzór, to domieszki "sztuczności" są zazwyczaj w "pakiecie". Czyste lny, bawełny to rzadkość lub ceny zakupu zbyt wysokie, by móc kilka razy w roku zmieniać nimi otoczenie.
Rozdział czerwieni i brązów zakończyłam wraz ze świętami. Jednolita "kość słoniowa" w kuchni i jadalni była zbyt delikatna a ja już tęsknię za wiosną. Wygrzebałam więc w dawno zdobytych kawałkach tkanin "kwiaty". Było tego za mało na obrus i za mało na dwa okna w jadalni - tak to jest z resztkami... Uszyłam więc zasłonki, które połączyłam z obecnie wiszącymi w kolorze ecru - jak na mój gust dało to całkiem ciekawe połączenie:
Zostało mi trochę ścinków więc uszyłam ptaszki - mój mąż mówi, że są podobne do gołębi a że On gołębie lubi no to uszyłam 4 sztuki. Dwie sztuki zawisły na rafii w ramkach, które przerobiłam w stylu shabby jakiś czas temu (niestety przeszukałam wszystkie zasoby i nie mam pojęcia gdzie mogłam zapisać zdjęcia z ich poprzednim stanem:-().
Kolejne dwa powędrowały do klatki. Emaliowany dzbanek kształtem przypomina mi poidełko dla ptaszków:-) Włożyłam do niego gałązki pozostawione po wiosennym przycinaniu derenia (jedynie odrobinę je pobieliłam) znaleziska z szyszkami zebrane podczas spaceru na Górę Czterech Wiatrów w Mrągowie. W ramkach ptaszki były wiszące, w klatce przymocowałam druciki jako nóżki i owinęłam je wokół gałązek
Maksio pewnego razu po spacerze przytachał do domu śliczną gałąź/patyk. Idealnie wpisał się w klimat panujący w jadalni...:-)
Uszyłam jeszcze postrzępione serduszka...
I tak całkiem przez przypadek nasza jadalnia zamieniła się w wolierę...:-)
Miło mi, że zaglądacie i macie jeszcze ochotę pozostawić po sobie ślad!
Wracając do tematu...
Jak można w prosty sposób odmienić otoczenie - oczywiście dekoracjami i tkaninami.
Te pierwsze możemy stworzyć sami. Niestety z tkaninami jest już gorzej... Mam wrażenie, że na naszym rynku jest zbyt mały wybór a różnorodność gustów wszelaka:-) Poza tym jak już uda mi się znaleźć odpowiedni wzór, to domieszki "sztuczności" są zazwyczaj w "pakiecie". Czyste lny, bawełny to rzadkość lub ceny zakupu zbyt wysokie, by móc kilka razy w roku zmieniać nimi otoczenie.
Rozdział czerwieni i brązów zakończyłam wraz ze świętami. Jednolita "kość słoniowa" w kuchni i jadalni była zbyt delikatna a ja już tęsknię za wiosną. Wygrzebałam więc w dawno zdobytych kawałkach tkanin "kwiaty". Było tego za mało na obrus i za mało na dwa okna w jadalni - tak to jest z resztkami... Uszyłam więc zasłonki, które połączyłam z obecnie wiszącymi w kolorze ecru - jak na mój gust dało to całkiem ciekawe połączenie:
Zostało mi trochę ścinków więc uszyłam ptaszki - mój mąż mówi, że są podobne do gołębi a że On gołębie lubi no to uszyłam 4 sztuki. Dwie sztuki zawisły na rafii w ramkach, które przerobiłam w stylu shabby jakiś czas temu (niestety przeszukałam wszystkie zasoby i nie mam pojęcia gdzie mogłam zapisać zdjęcia z ich poprzednim stanem:-().
Kolejne dwa powędrowały do klatki. Emaliowany dzbanek kształtem przypomina mi poidełko dla ptaszków:-) Włożyłam do niego gałązki pozostawione po wiosennym przycinaniu derenia (jedynie odrobinę je pobieliłam) znaleziska z szyszkami zebrane podczas spaceru na Górę Czterech Wiatrów w Mrągowie. W ramkach ptaszki były wiszące, w klatce przymocowałam druciki jako nóżki i owinęłam je wokół gałązek
Maksio pewnego razu po spacerze przytachał do domu śliczną gałąź/patyk. Idealnie wpisał się w klimat panujący w jadalni...:-)
Uszyłam jeszcze postrzępione serduszka...
I tak całkiem przez przypadek nasza jadalnia zamieniła się w wolierę...:-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





