Lavandula - "co by bez niej zrobił przemysł pocztówkowy? Niekończące się rzędy, rozległe pola z jakąś szacowną budowlą w tle lub rozpromienionego wieśniaka na pierwszym planie lub bez niej. Lawenda jest prowansalską flagą. Ma swoje muzeum (w Coustellet), jarmark i festyny na swoją cześć oraz Appellation d'Origine Controlee (AOC), która to instytucja odróżnia najlepsze rośliny od tych mniej aromatycznych. Jest bez wątpienia jednym z najpiękniejszych widoków lata"
(Prowansja od A do Z, Peter Mayle).
Gdzieś kiedyś przeczytałam, że podobno każdy, kto rozpoczął swoją przygodę z decoupagem musi przejść przez etap aniołków i lawendy... Sztampa tych pierwszych mnie nie dopadła za to pod urokiem lawendy trwam i przestać nie zamierzam:-)
Zapach, kolor, właściwości lecznicze - to główne zalety tej pięknej rośliny. Kojarzy mi się z pięknym błękitem nieba w samym środku gorącego lata... i z Prowansją, która jest Nr 1 na mojej liście dalszych podróży...
Dlatego też rok temu postanowiłam zrobić lawendowe jaja na gęsich wydmuszkach.
Chciałam, żeby były w chłodnej bieli. Długo dorabiałam kolor tak, żeby był idealnym tłem dla lawendowych wzorów z serwetki. Jak już udało mi się uzyskać oczekiwany efekt, przykleiłam motywy i po tych żmudnych czynnościach chciałam przyspieszyć lakierowanie używając preparatu w sprayu. Moja niecierpliwość została ukarana - narobiłam zacieków a długo "dopieszczana" biel zrobiła się "staro-zółta". Wściekła schowałam jaja do kartonu by nie szpeciły i nie denerwowały mnie więcej - całkiem wyrzucić nie miałam serca... Tak jak i teraz wyciągając świąteczne dekoracje... Brak im wykończenia ale atłasowe tasiemki jakoś mi nie pasują, rafia i wszelkiego rodzaju ozdoby biżuteryjne też nie. Pozostawiłam je na tym etapie i ostatecznie dołożyłam suszoną lawendę z ogródka, której kolor wyblakł ale aromat pozostał. Stały się dekoracją łazienki stąd "wazonikiem" dla lawendy jest gąbka z włókna agawy:-)
Dawniej, kiedy nie było jeszcze maszyn lawendę ścinano przy użyciu
faucille (sierp). Jedną ręką zbiera się łodygi w ciasny pęczek a drugą ścina, zamaszyście pociągając sierpem. Łatwizna...:-) Ponieważ w moich rękach to narzędzie byłoby dość niebezpieczne, do cięcia skąpych ilości ziela używam sekatora:-)
I nawet gwiżdżący wiatr za oknem i padający deszcz, które mi towarzyszą przy pisaniu tego posta nie są w stanie przegonić marzeń o upalnych dniach w Prowansji, gdzie korzystając z uroków cienia można bezkarnie leżeć i słuchać cykania
cigales, brzęczenia pszczół w kępkach lawendy i plusku chłodzących się ciał w basenie...