poniedziałek, 10 października 2011

Wiankowo i jesiennie

Hortensje nie chciały poczekać aż się zbiorę, zerwę je i ususzę... Część z nich zbrązowiała a z tych, które jeszcze zachowały zielonkawą barwę zrobiłam wianki...


W ramach symetrii powstały dwa...


Dla porównania - biała hortensja w wazonie, to ścięta w "szczycie sezonu" i suszona w małej ilości wody. Reszta to już moje gapiostwo i spóźnialstwo...


... i ozdobne dynie przywiezione od szwagierki z Mazur...




W ramach wianków - jeszcze ten z szyszek, żołędzi i kasztanów - to już nie moje dzieło...:-)
Do kompletu dodałam tylko żołędzie do świeczników a świece powędrowały do koszyczka z orzechami przyniesionymi przez tatę z lasu...



I jeszcze jeden wianek - soute:-) Za to do kompletu z nutkowymi świecznikami...



Gdy jeżówki już przekwitną i motyle ich nie odwiedzają, pięknie prezentują się w wazonie...


Jesienne pozdrowienia
Magda

piątek, 7 października 2011

Pokój Wiktorii - odsłona I

Ci z Was, którzy mnie znają wiedzą, że jestem mamą trzech Maluszków - 2 chłopców i dziewczynki.
Wiktorka nas zaszczyciła jako ostatnia i jest Królową rodzeństwa bez dwóch zdań - za sprawą oczywiście braci, którzy kochają ją bez granic (no może za wyjątkiem sytuacji gdy gryzie ich zabawki:-))

Rozumiecie też radość z urządzania pokoiku dla niej!!!

Początkowo miały być meble Leksvik z Ikei, przemalowane na jasne barwy. Nie było to jednak do końca to, "o co mi chodziło". A chodziło mi o ... "babciny pokój" jak to ujął mój mąż - z czym całkowicie się nie zgadzam:-)

I tak korzystając z rady Ity z Jagodowego Zagajnika zaczęłam szukać wymarzonych mebelków.
Na pierwszy ogień poszła szafa - stara, poczciwa, sosnowa ślicznotka.


Założenie było takie, że meble mają być jasne bez żadnych "udziwnień".
Wybrałam więc kolor - osobiście bardzo mi przypadł do gustu (z palety Flueggera - ni to biel, ni wanilia:-))
Tak pomalowana stała jakiś rok, aż nie wytrzymałam i przetarłam jej krawędzie. Na surowe drewno, które się pokazało położyłam wosk postarzający i całość pokryłam pastą woskową.



 Później pod pędzel poszła komoda (na zdjęciach jeszcze bez szyldów):








I łóżko, które najbardziej dało mi się we znaki... Mimo wielokrotnego szlifowania ciągle coś wyłaziło mi spod farby:-( Ostatecznie każdy element malowałam w inny sposób - zabezpieczając lakierem bezbarwnym na farbę + ponownie farba, malując lakierem białym i na to farba oraz tylko farba ale w trzech czy czterech warstwach - już nie pamiętam - efekt jest wszędzie taki sam - nic już nie wyłazi (póki co...).
Swoją drogą Madzik dzięki za rady!!!






Teraz schnie jeszcze półeczka ścienna a docelowo do kupienia jeszcze regał - forma podobna do szafy tylko bez płyty wypełniającej front lub całkiem bez drzwi - się zobaczy co się znajdzie:-)

Obecnie ściany są białe. Kupiłam próbkę delikatnie kremowej farby - pierwsza próba nieudana, nie podoba mi się. Myślałam też o pastelowym błękicie - bardzo delikatnym lub oliwce - jak mgiełka. Nie wiem tylko czy nie zmniejszę tym pokoju, który i tak za duży nie jest i ma "skos".

A może Wy macie jakiś pomysł - tylko nie "różowości" proszę, te pozostawiam dla miłośniczek Barbie...:-)
Aha - i wykładzina jest w ciepłym pomarańczu - nie wiem co mnie podkusiło kilka lat temu na ten kolor ale zmieniać nie będę...:-)

Pozdrowienia znad pędzla!
Magda

wtorek, 4 października 2011

Przetwory śliwkowe

Czas przetworów śliwkowych już za nami ale dopiero teraz udało mi się zrobić etykietki na słoiczki.
Uwielbiam konfiturę śliwkową z twarogiem i ciemnym pieczywem na śniadanie. Pycha!


Śliwki kupuję w ilościach hurtowych:-), przerabiam je też za jednym razem. I tak, kilka lat temu kiedy zabrakło mi garów do smażenia śliwek a nie chciałam tracić czasu wypróbowałam ich "obróbkę" w piekarniku (poza standardowym smażeniem w garach).

Chętnie podzielę się z Wami tym sposobem bo śliweczki cudnie się opiekają i marszczą:-)



Powidła śliwkowe:

Śliwki
cukier
cynamon
imbir
gałka muszkatołowa

Śliwki wydrylować, zasypać cukrem, włożyć do brytfanny i piec w 180-200 st. w piekarniku.
Na bieżąco odlewamy sok z owoców, tak aby śliwki nie dusiły się tylko opiekały. Jak zbierzemy cały sok dodajemy cynamon, imbir i gałkę muszkatołową. Śliwki muszą wyglądać na wyschnięte - skórkę mają pomarszczoną i piękny ciemny kolor (nie wspomnę o zapachu). Przechodząc do tego etapu często przekładam śliwki do garnka z grubym dnem lub patelni i dalszy proces przebiega już na kuchence a nie w piekarniku:-)
Dodaję ewentualnie cukier i przyprawy - wedle smaku:-)
Powidła, które przygotowuję od początku w garnku traktuję podobnie - czyli odcedzam na bieżąco sok i doprawiam do smaku. Smażę do momentu gdy całość jest dość gęsta.
Później konfitury do słoiczków, sok przelewam przez gazę i do buteleczek. Jeszcze tylko pasteryzacja i ...
... i smacznego!!!


A co do etykiet, to w tym roku wymyśliłam sobie taki kształt, że zanim wytnę wszystkie i okleję nimi słoiczki, to wcześniej zjem przetwory:-)

Do tegorocznego sezonu przetworowego dołączył też mąż - tyle, że na jego "wyroby" musimy kilka tygodni poczekać (to ta butelczyna za słoikami:-))

wtorek, 27 września 2011

Lniane sukienki


"Dwoje ludzi gasi światło w pokoju nie tylko wtedy, gdy nie może na siebie patrzeć" (Stanisław Jerzy Lec)

....

dlatego też moje lampki nocne dostały nowe lniane sukieneczki, tworząc "odpowiedni" klimat w sypialni...:-)


Kupiłam je dla "podstawy", bowiem kolor to zupełnie nie moja bajka. Wyglądały tak...


Pastelowa biel, przecierki na rantach + wosk postarzający i bezbarwna pasta woskowa do wykończenia...


Wykorzystałam len, który dostałam od babci i uszyłam sukieneczki na abażury z koronką i kwiatem...





Mąż wymienił kabelki na białe za co otrzymał "klona"...:-)



A teraz już szszszsz.................... światło zgasło....

piątek, 16 września 2011

Inne życie weków...

Praca w kuchni wrze, spiżarka pełna zimowych zapasów, w ogrodzie kończy się sezon na świeżo zerwane pomidorki z krzaczka...
Jeśli macie już dość zimowych przetworów, to czas aby spojrzeć na weki innym okiem!:-)


Konfitury zamieńcie na zupę ze świeżych warzyw, np. pomidorówkę...
Prawda, że apetycznie wygląda....?! Do tego jak smakuje.... mniam!

Na samo wspomnienie tego przysmaku ślinka mi cieknie... Zresztą, pozostałe menu zaserwowane przez dwóch uroczych kucharzy jeszcze długo będzie wywoływało "głodne" burczenie brzucha. To właśnie Franz i Ralf dopieszczali podniebienia gości podczas urodzin (pisałam Wam o tym tutaj) a takie wydanie pomidorówki wprowadziło w cudowny nastrój. A zapach po zdjęciu wieczka.... hmmmmmm......



Jeśli macie ochotę, to spróbujcie moje wydanie zupki. Uwielbiam ją i ta wersja najbardziej przypadła do gustu moim domownikom.

ZUPA POMIDOROWA: 

Pomidory (w sezonie świeże, poza - z puszki)
cebula
czosnek
bazylia (świeża lub suszona)
oliwa z oliwek lub masło
wywar warzywny (dla leniuszków może być z kostki)
cynamon, cukier, chili, sól, pieprz ziołowy
ewentualnie śmietana, makaron lub grzanki

Cebulę kroimy w drobną kostkę i podsmażamy na oliwie lub maśle. Pod koniec smażenia dodajemy czosnek (wedle uznania, daję 2 ząbki). Mieszamy i po chwili wkładamy posiekaną bazylię i pokrojone w dużą kostkę pomidory (ja daję ich dość dużo, ponieważ lubię gęste zupki). Smażymy ok. 5-10 min.
Dolewamy wywar i wszystko gotujemy.
Przyprawiamy cynamonem, cukrem, chili, solą i pieprzem ziołowym do smaku.
Jeśli lubicie kremy, możecie odjąć część pomidorów, zmiksować je i ponownie połączyć z zupą.
Podajemy ze śmietaną i listkami bazylii.
Moje dzieciaczki uwielbiają makarony więc dodaję również kluseczki lub wcześniej przygotowane grzanki serowo-czosnkowe.

Zupa pyszna i pożywna!
Smacznego!

niedziela, 11 września 2011

Kudłaty...

tak właśnie Szanowny Mąż określił mój drugi w życiu wianek...


Ale po kolei... Po przerobieniu 20 kg śliwek na konfitury musiałam odreagować. Wybraliśmy się rodzinką na spacer i nazbieraliśmy wrzosów, które później powiązałam w pęczki - wg szkoleń Kasi.


Brakowało mi tylko podstawy wianka. Znalazłam więc niepotrzebną pokrywę od plastikowego wiadra i wycięłam okrąg. Chcąc nadać mu trójwymiarowego charakteru pokryłam okrąg watą i owinęłam bandażem elastycznym - trochę taki medyczny ten wianek...:-)


Pozostało już tylko przymocować sznurkiem pęczki wrzosów i powstał  KUDŁACZ:-)
Docelowo będzie chyba wisiał na drzwiach wejściowych bo ma ok. 50 cm średnicy...


A to już wrzosy w moim ogrodzie, które na wiosnę były totalnie brązowe - chyba przemarzły. Na szczęście "odbiły" i teraz cieszą nas swoim widokiem:-)

wtorek, 6 września 2011

Kuchenny komplecik

Należę do tych, którym to największą radość przynoszą rzeczy zrobione samemu. Nawet jeśli ich wykończenie pozostawia wiele do życzenia...

I tak, kiedy to Pani Krawcowa uszyła mi zasłony do sypialni różnej długości i "kuchenną szmatkę" o innych rozmiarach niż prosiłam, stwierdziłam: "tak to i ja potrafię". I kupiłam maszynę do szycia.
Do tej pory powstało już kilka rzeczy ale "szmatka kuchenna" nadal straszyła.

Zlitowałam się, bo patrzeć już na to nie mogłam. Przedłużyłam "szmatkę" i wszyłam tunel. Wcześniej wisiała na żabkach, które zupełnie się nie sprawdziły.
Teraz już nie straszy a ja bez wyrzutów sumienia krzątam się po kuchni.



Zdjęcie marnej jakości ponieważ moje umiejętności foto są zbyt powierzchowne:-), żeby uzyskać coś lepszego na tle okna:-)

Zostało trochę tkaniny więc uszyłam jeszcze wkład do koszyczka na pieczywo - obowiązkowo z koronką:-)